Kategorie: Wszystkie | Mamowa książka kucharska | ciąża
RSS
środa, 14 czerwca 2017

Ciasto marchewkowe w piekarniku, a ja będę prawić o wagarach? A co, u siebie jestem, więc mogę. :)

Też macie takie duże poczucie obowiązku - siedzę w domu, nie pracuję zawodowo, więc zadbam o Męża, zadbam o dom? Gotowanie, sprzątanie, pranie, ogród sam się nie podleje, szafy nie posprzątają. Ostatnio zapaliła się w mojej głowie czerwona lampka, bo mój A wypalił: "Ty nigdy tyle nie sprzątałaś, co teraz, fajnie". Aaaa, ratunku, wpadłam w sieci gosposi!

Zdrowy rozsądek szybko mi podpowiedział, że przecież ciąża to nie zmiana pracy z etatowej na domową, to jedyny moment, kiedy mogę legalnie i w formie all inclusive zadbać o siebie.

Tak oto wstałam w poniedziałek skoro świt - jakoś nie mogę długo spać, budzę się o 6... i za swoim niedzielnym postanowieniem, zaczęłam od rana być swoim największym rozpieszczaczem!

Po pierwsze - zostałam w łóżku, w piżamie i z książką w ręku. Jejku, jak ja kocham nieambitne babskie książki o romansach, lekkich historiach, gdzie mój umysł nie musi się wysilać, tylko czerpie przyjemność i się relaksuje! Kocham wciąż książkę w dłoń i przeczytać ją od pierwszej do ostatniej kartki bez odrywania się do jakiś durnoctw.

Po drugie - domowe spa, dotąd robiłam to regularnie, ale ostatnio coś i tę przyjemność zaniedbałam. Peeling enzymatyczny, henna, regulacja brwi. Przecież to jest takie boskie. Związałam włosy w kucyk (choć w moim przypadku, to raczej kucyczek, bo jestem krótkowłosa) i jazda z moją facjatą.

No i w sumie na wiele więcej mi czasu nie starczyło, bo jak usiadłam do książki, to o 14 ją skończyłam zalana łzami, bo jednak hormony szaleją i wzrusza mnie wszystko - mniej więcej tak samo szybko się wkurzam. :P

Jedynym obowiązkiem, który na siebie nałożyłam, był szybki obiad, ale ten obowiązek to dla mnie ogromna przyjemność, bo to, co mnie relaksuje, to gotowanie i pieczenie.

Dziś ruszamy w trasę - rozpoczynamy długi weekend, więc oprócz szału pakowania, znowu postawiłam na siebie i od rana wypicowałam się tak, jakbym szła na jakąś mega romantyczną kolację i dawno się sobie tak nie podobałam! Świat dziś należy do mnie! Na ciasto miałam ochotę, więc 15 minut i już było w piekarniku, a pewnie nasi rodzice się ucieszą, jak wpadnę z pysznym marchewkowym ciachem. (przepis wrzucę tu kiedy indziej)

Swoją drogą, to moja pierwsza 600km podróż od kiedy brzuch stał się widoczny i od kiedy żebra i kręgosłup popołudniami krzyczą "nie jesteśmy z gumy, a Lokator na nas napiera". Rogal do spania mam nadzieję, że okaże się zbawienny także w trakcie jazdy, a pyszne czereśnie umilą nam tę drogę.

Miłego długiego weekendu!

P.S. Uwierzcie mi, świat się nie zawalił, jak zadbałam tylko o siebie, a Mąż też jakoś nie zauważył, że nic wielkiego w domu nie zrobiłam, za to podziwiał szczęśliwą i uśmiechniętą Ciężaróweczkę.

wtorek, 13 czerwca 2017

Całe życie na coś się czeka. Najpierw na gwiazdkowe prezenty i urodzinowe imprezy, potem na zakończenie roku szkolnego, na osiemnastkę, na wyprowadzkę z domu, na super pracę, na ciążę. A jak już jesteś w ciąży, to czekasz na usg, na pierwsze ruchy. O i to jest sedno dzisiejszego wpisu - pierwsze ruchy.

Mówią, że to takie delikatne bąbelki, jakby motylki w brzuchu. Mówią też, że przy pierwszym dziecku, przy pierwszej ciąży nie ma co liczyć na to, żeby czuć je przed 20tc, a jeszcze żeby były regularne - wybij sobie z głowy.

A wiesz, co ja Ci powiem? Wybij sobie z głowy słuchanie kogokolwiek innego, niż Ty sama i Twój organizm.

18tc, dokładnie 17tc + 4dni, leżę wieczorem w łóżku i czuję, jakby jakiś stworek próbował robić przemeblowanie we mnie. Hmmm, myślałam, że to gazy, ale akurat z tym była tego wieczoru cisza. Przyłożyłam dłoń do brzucha i czułam muśnięcia na swojej skórze, delikatne, jakby ktoś głaskał mnie po wewnętrznej stronie skóry. Nie, no gazów tak bym nie czuła, to na pewno nasz Maluszek. Trwało to może kilka chwil - dosłownie kilka muśnięć i koniec.

Obudziłam się następnego dnia rano, zjadłam śniadanie, ulokowałam się na kanapie i mój Maluszek znowu zaczął się ze mną komunikować. Byłam wniebowzięta. I tak zostało do dziś - codziennie rano, popołudniu i wieczorami, nasz Maluszek regularnie daje znać, że jest, że ma się dobrze, że jeszcze Mu wygodnie w Jego lokum. :)

Oczywiście A bardzo czekał na moment, w którym Maluszek porozumie się również z Nim. Ale to dziwne, kiedy ja przykładałam rękę do brzuszka, czułam ruchy, kiedy rękę przykładał Mąż, ruchy wciąż czułam, ale On ich nie potrafił wyczuć na swojej dłoni. Aż pewnego wieczoru Maluch postanowił, że nauczy się karate i zaczął ćwiczyć porządne wykopy, wzięłam rękę A, przyłożyłam do Karateki szalejącego w brzuchu i mam nadzieję, że nie zapomnę miny A - miał łzy w oczach jak wtedy, kiedy zobaczył bijące serduszko, uśmiech jak wtedy, kiedy usłyszeliśmy pierwszy raz bicie serduszka. :) Od tamtej pory za każdym razem, jak odbywają się treningi karate, Męża ręka ląduje na moim brzuchu, a niech sobie chłopaki pogadają. :)

Był jeden taki dzień, kiedy mój Maluszek nie chciał w ogóle dać znać, co tam u Niego. Oczywiście wariowałam, bo jak czuje się ruchy regularnie, a tu nagle cisza, to czeka się na nie z utęsknieniem, a ich brak wzbudza niepokój. Doskonale wiem, że jak Maluszek poczuje trochę słodyczy, to od razu daje znać, że Mu smakują, zjadłam więc słodkie śniadanie. I cisza. "Wredny po mamusi" - pomyślałam. Siedziałam jak na szpilkach i już zaczynałam czytać w internecie złote rady, które brzmiały - jedź pilnie na usg, jedź na izbę przyjęć, z dzieckiem może być coś nie tak. Nie minęło kilka chwil i Karateka stwierdził, że koniec z lenistwem i zamiast zaraz po śniadaniu sobie pofikać, to tego dnia był bardziej leniwy i zaczął fikanie sporo później niż zawsze. :)

Teraz, kiedy jestem w 23tc (22tc+5dni) ruchy są przyjemne, wyczuwalne i każdy z nich sprawia radość. Karateka aktywny jest o tych samych porach, czasem zaskakuje i jednocześnie czuję Go w dwóch różnych częściach brzucha i mam wrażenie, że w brzuchu rośnie mi jakiś długonogi gimnastyk, który ćwiczy szpagaty. Jeszcze żebra i inne tkliwe miejsca zostawia w spokoju i wystarcza Mu przestrzeń w okolicy pępka, ale już żebra zaczynają boleć - lokum mojego Maluszka zmienia położenie i zaczyna uwierać, ale o tym kiedy indziej, idę nakarmić Karatekę drugim śniadaniem. :)

A Wy kiedy poczułyście pierwsze ruchy swoich Maleństw?

czwartek, 08 czerwca 2017

Dwie kreski w dwóch różnych testach przecież nie mogą kłamać, więc tak, jestem w ciąży! Ale, ale, na spokojnie, przecież miałam w nią nie zajść naturalnie, przecież miało się nie udawać!

Na szczęście 16 lutego miałam wizytę w Klinice, wizytę, która miała nas umówić na ostateczny termin pierwszej inseminacji, a teraz miała nam potwierdzić ciążę. Tylko jak ja wytrzymam kolejne 6 dni - myślałam. Był piątek, musiałam jechać do pracy, Mąż wyjechał na weekendowe szkolenie, a ja w głowie miałam tysiące myśli. Telefon do siostry był punktem obowiązkowym, bo przecież tyle emocji we mnie buzowało, tyle myśli, że musiałam to gdzieś upuścić.

Postanowiłam, że w sobotę, jeszcze przed pracą pojadę zrobić bHCG do Kliniki, w poniedziałek je powtórzę - przyrost hormonu HCG potwierdza rozwój pęcherzyka płodowego, czyli de facto ciążę. No i oczywiście w sobotę rano zrobiłam kolejny test ciążowy, żeby wszystko było bardziej realne.

Krew pobrana, położna w Klinice uhahana, bo przecież każdy wie, z jakimi problemami pary tam przychodzą, zostało tylko czekać do godziny 12 na wyniki.

Czas dłużył się niemiłosiernie, A kilka razy pisał, czy już wiadomo, a wskazówki zegara jakoś tak bardzo wolno zmieniały swoje położenie. To była ciężka sobota i nawet na chwilę nie mogłam usiąść do komputera, żeby sprawdzić wyniki, więc jak tylko salon został zamknięty, popędziłam do swojego biurka udając, że sprawdzam e-maile, weszłam na swój profil w systemie internetowym. Adrenalina podskoczyła, tętno wzrosło, serce waliło jak oszalałe.

 

Piąty tydzień! Tak, czyli jestem w ciąży! Mój racjonalny umysł nie był w stanie tego pojąć.

W poniedziałek zrobiłam jeszcze raz betę, wzrosła. Ufff, czyli ciąża staje się faktem.

Mąż nie wierzył, ja też nie mogłam uwierzyć, na szczęście wizyta w Inviccie była coraz bliżej.

- Pani doktor, chyba się udało i jesteśmy w ciąży - z olbrzymim uśmiechem na twarzy powiedziałam ledwo przekraczając próg gabinetu.

- Świetna wiadomość, zapraszam od razu na fotel.

I nawet nie wiem kiedy, a już miała robione USG transwaginalne, a Pani Agnieszka szukała pęcherzyka płodowego. Miałam widok na monitor, Mąż stał obok i tak, jak ja wyczekiwał potwierdzenia, że będziemy mieć Maleństwo.

- Widzę pęcherzyk, ale jest jeszcze za wcześnie, żeby potwierdzić ciążę, bo nie widać serduszka.

Nie wiedziałam, co myśleć, w sercu krzyczałam: "Ale przecież ja jestem w ciąży, jak nie ma serduszka". Na szczęście po chwili Pani Doktor wytłumaczyła nam, że serduszko powinno zacząć bić na przełomie 6 i 7tc, że może być tak, że już jutro będzie je widać, ale na chwilę obecną musimy się umówić na wizytę na za tydzień. Będzie już 7tc wg ostatniej miesiączki, więc jeśli wszystko będzie w porządku, potwierdzimy wtedy ciążę.

Myślałam, że oszaleję... Dni mijały w ślimaczym tempie, ja miałam żyć normalnie, ale oczywiście już zaczęłam brać zalecone przez ginekolożkę witaminy i czekałam na kolejną wizytę. Objawów brak, tylko piersi takie jakby większe i senność, zmęczenie się pojawiły. Przeziębiłam się na domiar złego, więc w ruch poszedł syrop z cebuli, herbata z cytryną, imbirem i malinami, bo w ciąży trzeba na każdy lek uważać, a paracetamol to nie lek.

Tuż przed wizytą na bieliźnie pojawiły się krwawe plamy, a w głowie strach. Poinformowałam ginekolożkę i zaległam na fotelu. Jest, widzimy je, jest bijące cudownie serduszko. Najpiękniejsze serduszko wielkości jakiegoś ziarenka. Łzy w oczach moich, łzy w oczach A. Będziemy rodzicami!

Krwawienie miało niewyjaśnione źródło, więc Pani Doktor kazała się oszczędzać, dostałam luteinę do stosowania 2x dziennie przez najbliższe 3 tygodnie, do tego miałam zostać w domu. Na to pozwolić sobie nie mogłam, więc obiecałam, że będę maksymalnie się oszczędzać.

Najważniejsze jest to, że jesteś, nasze małe Ziarenko, Fasoleczka, Serduszko!

Jak każda mama, w której rośnie nowe życie, miewam zachcianki. Humorki też, ale o tym nie teraz. ;)

Postanowiłam, że będę się z Wami dzielić przepisami, z których sama korzystam, ponadto stworzę swoją własną internetową książkę kucharską. :)

Dziś na świecznik pójdą racuchy na maślance. Po rozmowie z koleżanką, która na obiad zaserwowała swoim mężczyznom racuchy, ja sięgnęłam po swój ulubiony przepis.

Składniki:

  • 2 szklanki mąki
  • 2 jabłka
  • 2,5 szklanki mąki
  • 2 jajka
  • 5 łyżek cukru
  • 1 łyżeczka drożdży w proszku
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • cukier puder do posypania
  • olej do smażenia
  • opcjonalnie owoce do dekoracji - truskawki, maliny, jagody, borówki (wg preferencji)

 

Do dzieła:

  1. Jabłka obieramy i ścieramy na grubej tarce, dodajemy do nich maślankę, mąkę, jajka, cukier, drożdże, cynamon. Ja nie lubię sprzątać, więc brudzę najmniej, jak się tylko da, dlatego wszytko mieszam w jednej misce łyżką tak, aby wszystkie składniki się połączyły.
  2. Na patelni musimy rozgrzać olej, na rozgrzany olej łyżką wykładamy porcje ciasta (można formować okrągłe placuszki, dla mnie kształt nie ma większego znaczenia - liczy się smak, więc nie skupiam się na ich idealnym kształcie).
  3. Racuchy smażymy na złoty kolor z jednej i drugiej strony. Następnie dobrze jest odsączyć je z tłuszczu, więc talerz wyścielamy ręcznikami kuchennymi, na nie wykładamy placuszki, a później już prosto do dzióbka, bo cynamonowy zapach roznosi się po całym domu i ciężko powstrzymać się od jedzenia.

image2

Smacznego!

wtorek, 06 czerwca 2017

Jestem Monika, w lipcu skończę 29 lat i w październiku zostanę mamą, choć już dziś myślę o sobie per „mama”. Noszę w sobie najcudowniejszą i wyczekaną istotę – syna, pierworodnego, ukochanego i już wiem, że najcudowniejszego.

Zacznijmy od początku.

Już dawno temu stwierdziłam, że jestem stworzona do tego, by być mamą, by dać życie, przeprowadzić najlepiej, jak będę potrafiła, przez życie i by dzielić życie z człowiekiem będącym częścią mnie. Kiedy uświadomiłam sobie, że już czas układać życie tak, by zmierzać w kierunku założenia rodziny, po pięciu latach związku rozstałam się z ówczesnym facetem, który nigdy w moich myślach nie była ojcem mych dzieci, ale był spoko partnerem. W międzyczasie poznałam A, można powiedzieć, że to miłość od pierwszego wejrzenia – jeszcze nie zdążyliśmy zamienić słowa, a ja już wiedziałam, że to będzie mój mąż, najcudowniejszy tata moich dzieci. I tak oto rok temu – 4 czerwca 2016 roku zostaliśmy małżeństwem. Do szczęścia brakowało tylko małego człowieczka stworzonego z nas, dzięki nam, będącego owocem naszego związku.

O wymarzone i upragnione dwie kreski staraliśmy się 11 miesięcy – zaczęliśmy kilka miesięcy przed ślubem, wiedząc, że wcale tak łatwo w dzisiejszych czasach nie jest zajść w planowaną ciążę (zdecydowanie łatwiej jest po prostu „wpaść”). Po ślubie A przeniósł się z naszego ukochanego Wrocławia do Słupska, gdzie rozpoczął karierę zawodową, a ja miałam dołączyć, jak zobaczymy dwie kreski (bo w weekendy długie i krótkie uparcie działaliśmy w temacie już znanym :) ). Przeciągało się, więc od 5 listopada 2016 dołączyłam do Męża już chyba w ostatniej chwili, bo rozłąka i comiesięczne załamania wynikające z braku Fasolki sprawiały, że zamiast być blisko, oddalaliśmy się w zastraszającym tempie. To ja oddaliłam się od A, a On nie potrafił do mnie dotrzeć. Otoczyłam się pancernym kokonem z domieszką drutu kolczastego i tak sobie trwałam, wegetowałam. Pewnego dnia usłyszał, że wciąż chciałabym, aby to właśnie On był tatą naszych dzieci i te słowa wypowiedziane na głos sprawiły, że mój kokon rozpadał się na kawałki, a Jego serce znowu zaczęło bić mocniej.

Nowy rok – 2017 – nowe decyzje, nowe działania. Tak oto z początkiem roku zostaliśmy pacjentami Kliniki Leczenia Niepłodności Invicta w Słupsku. Wywiad rodzinny, kolejne badania, wyniki i po niecałym miesiącu usłyszeliśmy: „Klasyfikują się państwo do inseminacji, niestety szanse na naturalne poczęcie są niewielkie bądź żadne”. Wyrok? Można tak pomyśleć, bo szansa na zajście w ciąże przy inseminacji, to raptem 12%, a zazwyczaj robi się 4-6 takich zabiegów przy prawidłowym cyklu owulacyjnym, później już in vitro. Z natury jestem czarownicą i jak dziś pamiętam, że kiedy wracaliśmy z wizyty w Klinice, powiedziałam do A: „Wiesz, jakoś dziwnie czuję, że najgorsze jest już za nami, że bardzo szybko zajdziemy w ciążę”. Spojrzał na mnie bez optymizmu i jak zawsze ufał moim szamańskim przeczuciom, tak teraz jedynie ucieszył się, że się nie załamałam.

Okazało się, że muszę wyleczyć jakąś infekcję, zrobić potem dodatkowe badania, potem lecimy na wizytę do Kliniki, żeby ustalić termin owulacji i ciach – inseminacja w Gdańsku. Najpierw jednak przecież musiałam dostać miesiączkę, by rozpoczął się kolejny cykl.

Jeden dzień, drugi, trzeci – ile już dotąd było takich akcji, że nagle miesiączka mi się spóźniała kilka dni, ba, nawet potrafiła i dwa tygodnie nie przychodzić, mimo iż zawsze miałam cykle regularne. Nie, no nie ma szans, żebym była w ciąży, przecież. Podzieliłam się z A tym, że miesiączka się spóźnia i oboje stwierdziliśmy, no cóż, poczekamy, aż przyjdzie, bo przecież Fasolki nie ma prawa być. Mijał czwarty dzień i poprosiłam Go, żeby jednak kupił test ciążowy, bo co nam szkodzi sprawdzić, ale z tym sprawdzaniem jeszcze poczekamy, tylko niech testy czekają spokojnie w domu na odpowiedni moment. Kupił. Następnego dnia wyjechał do pracy skoro świt. Ja jak zawsze szykowałam się do pracy. Przypomniałam sobie moment, kiedy ciut ponad dwa tygodnie wcześniej, kiedy w pracy szłam korytarzem, nagle zaczął bardzo – tak miesiączkowo – boleć mnie brzuch, bolał dosłownie chwilkę, ale nigdy wcześniej tego nie czułam. Bez rozmysłu dotknęłam swojego podbrzusza i pomyślałam: „Zagnieżdżaj się Fasolko, zagnieżdżaj”. Dwa dni później odebraliśmy wyniki, które przyćmiły ten moment, ściągnęły na ziemię i sprawiły, że dwie kreski były bardziej odległe. No cóż, coś dziwnego działo się jednak z moim organizmem – z kobiety, która śpi, bo musi i ile musi, czyli jak najkrócej, nagle zaczęłam zasypiać tuż po pracy i budzić się dopiero rano – ale to przecież przemęczenie, przeziębienie, przesilenie zimowe.

Nic mi nie szkodziło, przecież jedna kreska, to tak dobrze znany mi widok, a pewnie okres przyjdzie zaraz po zrobieniu testu – tak bywało dotąd. Poszło – płytkowy i strumieniowy, a co, większa pewność będzie.

Ręce trzęsły mi się jak nigdy dotąd, głos łamał, a łzy same napłynęły do oczu. Z niedowierzaniem na obydwu testach widniały wyraźne, najcudowniejsze dwie kreseczki, moje upragnione krechy, wyczekane kreski, różowiutkie, wyraźne jak świat, kiedy założę szkła kontaktowe.

Testy ciążowe

Aaaaa, będę mamą!